Patogen dnia. O medialnych wirusach i prawdziwych zagrożeniach

W postpandemicznej rzeczywistości media wydają się spragnione kolejnego patogennego bohatera. Co jakiś czas kolejny wirus lub bakteria staje się na kilka dni gwiazdą serwisów informacyjnych – tylko po to, by równie szybko zejść na dalszy plan. W ten sposób choroby zakaźne zaczynają funkcjonować nie tylko jako zjawisko epidemiologiczne czy wyzwanie zdrowia publicznego, ale jako temat medialny, podlegający tym samym prawom, co każda inna sensacja. I to niestety ze szkodą dla zdrowia publicznego.

 


Artykuł prof. dr hab. n.med i n. o zdr. Piotra Rzymskiego z Zakładu Medycyny Środowiskowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu z numeru 3/2026 Biuletynu Informacyjnego Wielkopolskiej Izby Lekarskiej.


 

Z jednej strony trudno się temu dziwić. Po doświadczeniach związanych z COVID-19 świadomość zagrożeń ze strony chorób zakaźnych wzrosła, a społeczeństwo ma prawo do informacji o potencjalnym ryzyku. Problem zaczyna się wtedy, gdy wiedza i rzetelny przekaz zostają zastąpione przez emocje i pogoń za nowinką, która zelektryzuje opinię publiczną. Wtedy rzeczywistość epidemiologiczna ustępuje miejsca narracji, w której każde nowe ognisko choroby, gdziekolwiek na świecie, ogłaszane jest niczym zwiastun kolejnej globalnej katastrofy.

 

Nagłówki zakażone sensacją
Najświeższym przykładem tego zjawiska były doniesienia o wirusie Nipah, które zalały media pod koniec stycznia 2026 r. To egzotyczny patogen, znany od końca lat 90. XX w., o wysokiej raportowanej śmiertelności zakażeń, który do przetrwania potrzebuje specyficznego rezerwuaru – konkretnych gatunków nietoperzy występujących w niektórych regionach Azji. Jego transmisja między ludźmi jest bardzo ograniczona i wymaga bliskiego kontaktu z wydzielinami osoby chorej. Jakkolwiek się nie spojrzy, jest to wirus, który nie stanowi globalnego zagrożenia, a jego ograniczone ogniska notowane są w Bangladeszu, Malezji i Indiach. Kiedy jednak media doniosły o dwóch przypadkach zakażeń wirusem Nipah w Bengalu Zachodnim, mogliśmy usłyszeć o śmiertelnym, potencjalnie pandemicznym zagrożeniu. Podstawowa informacja – przekazywana przez nas dziennikarzom – że wirus Nipah nie przenosi się łatwo i nie stanowi bezpośredniego ryzyka dla krajów Europy, przedostała się do opinii publicznej dopiero po tym, jak przez media, także polskie, przetoczyła się fala alarmujących materiałów.

 

Problematyczne były również doniesienia o podejrzeniu wystąpienia cholery w Polsce w lipcu 2025 r. Badania laboratoryjne wykazały jednak, że szczep, którego materiał genetyczny wykryto, okazał się nietoksynotwórczy, co wykluczało zachorowanie na cholerę. Jednak przez kilka dni choroba straszyła z nagłówków, powodując frustrację osób zajmujących się diagnostyką i epidemiologią. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby informacje o samym, ostatecznie nie potwierdzonym podejrzeniu, w ogóle nie przedostały się do mediów.

 

Z kolei w sierpniu 2024 r. krótką karierę zrobił w naszym kraju wirus Zachodniego Nilu. Powodem było stwierdzenie go wśród martwych ptaków znalezionych w Warszawie. Ponownie niektóre media puściły wodze fantazji, choć przecież nie jest to wirus nowy. Występuje w populacjach ptactwa na terenie Europy, roznoszony głównie – choć nie tylko – przez komary. Zakażając ludzi w zdecydowanej większości przypadków nie powoduje żadnych objawów. Proponowane w niektórych medialnych materiałach działania profilaktyczne polegające na intensyfikowaniu zwalczania komarów, wydawały się przesadne i nieproporcjonalne w stosunku do realnej wagi problemu stwarzanego przez ten patogen w naszej części świata.

 

Nie handlujmy zaufaniem do nauki
Choroby zakaźne stały się więc elementem ekonomii uwagi. Istotne problemy, które nie są tak atrakcyjne medialnie – jak nadużywanie antybiotyków, spadek wyszczepialności przeciw odrze czy sezonowe zagrożenia zakażeniami układu oddechowego – nie przebiją się tak łatwo na pierwsze strony. Nie budzą bowiem sensacji i nie da się ich nacechować strachem. A przecież to właśnie one realnie zagrażają zdrowiu publicznemu w naszej rzeczywistości.

 

 

Oczywiście nie chodzi o to, by bagatelizować zagrożenia, nawet te odległe. W świecie globalnych podróży i zmian klimatu choroby zakaźne rzeczywiście stanowią coraz bardziej złożone wyzwanie. A przezorny zawsze ubezpieczony. Jednak między ignorancją a histerią jest przestrzeń dla rzetelnej informacji – takiej, która wyjaśnia, a nie straszy. Tłumaczy kontekst, a nie tylko epatuje nagłówkiem.

 

 

Niewątpliwie media mają tu do odegrania rolę trudną, ale niezbędną. Powinny kształtować społeczną czujność, jednak goniąc za sensacją, coraz częściej ją zobojętniają. Jeśli każde ognisko, nawet w odległym zakątku świata, czy każdy niepotwierdzony przypadek choroby staje się zapowiedzią globalnego kryzysu, to trudno oczekiwać poważnych reakcji ze strony społeczeństwa. A gdy faktycznie pojawi się patogen wymagający mobilizacji, może się okazać, że opinia publiczna zignoruje zagrożenie, zmęczona alarmem, który wcześniej wielokrotnie okazywał się fałszywy – lub fałszywie wykreowany.

 

 

Jest jeszcze jeden negatywny aspekt podsycania sensacji wokół egzotycznych zagrożeń. Każdorazowo aktywizują one środowiska osadzone w narracji teorii spiskowych. Dla nich każdy medialny alarm jest dowodem na istnienie „ukrytych planów” – od rzekomych eksperymentów biologicznych po celowe sianie paniki przez „globalne elity”. Takie narracje rozlewają się błyskawicznie po mediach społecznościowych, zacierając granicę między informacją a dezinformacją. Co więcej, paradoksalnie napędzają one zasięgi tym samym mediom, które pierwotnie sensację rozdmuchały, bo każda kolejna publikacja, udostępnienie czy komentarz, niezależnie od intencji, wzmacnia algorytmy widoczności. Tracą na tym odbiorcy, którzy w gąszczu sprzecznych przekazów gubią zaufanie do merytorycznych i wartościowych treści.

 

Warto więc nauczyć się rozróżniać między tym, co faktycznie wymaga czujności, a tym, co jedynie dobrze się mediom sprzedaje. Bo choroby zakaźne to nie scenariusz thrillera, lecz codzienna praca naukowców, epidemiologów, diagnostów i lekarzy. A w świecie realnych zagrożeń epidemiologicznych sensacyjny nagłówek to zbyt tania waluta, by przehandlować nią zaufanie do nauki.

 

Prof. dr hab. n.med i n. o zdr. Piotr Rzymski