Połączyło nas sześć niezwykłych lat studiów na ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu. Był rok 1965. Większość z nas miała zaledwie osiemnaście lat, bo właśnie w tym wieku przystępowało się wówczas do egzaminu maturalnego. Staliśmy u progu dorosłości, pełni marzeń, nadziei i niepewności wobec przyszłości, która dopiero miała się przed nami otworzyć.
Droga na studia wyglądała wtedy zupełnie inaczej niż dziś. O przyjęciu na uczelnię nie decydowały wyniki matury, lecz wymagające egzaminy wstępne organizowane przez samą Akademię. Wielu kandydatów przybyło do Poznania z małych miasteczek i wsi rozsianych po całej Polsce. Dla niektórych był to pierwszy kontakt z dużym miastem, którego rozmiary, tempo życia i akademicka atmosfera budziły jednocześnie fascynację i respekt.
Przez trzy dni mierzyliśmy się z egzaminami pisemnymi z biologii, chemii, fizyki i języka obcego. Był jednak jeszcze jeden etap, dziś już niemal zapomniany – indywidualna rozmowa z komisją egzaminacyjną. Pozwalała ona wykazać się nie tylko wiedzą, ale także kulturą osobistą, umiejętnością logicznego myślenia, refleksem i sztuką prowadzenia rozmowy. Nie bez powodu bywała nazywana „testem na inteligencję”. Pytania często zaskakiwały – dotyczyły geografii, literatury, historii, kultury, zainteresowań, a czasem po prostu życia.
A potem nadszedł dzień ogłoszenia wyników.
Do dziś wielu z nas pamięta korytarz Collegium Maius przy ulicy Fredry 10 i tłum młodych ludzi wpatrzonych w tablice z wywieszonymi listami nazwisk przyjętych i nieprzyjętych na studia. Gdy odnaleźliśmy na tej bardzo pożądanej liście własne nazwisko, świat wydawał się nagle piękniejszy, a przyszłość otwierała się przed nami szeroko i obiecująco. Była to radość szczera, spontaniczna i beztroska – taka, którą przeżywa się tylko w młodości.
Kolejne sześć lat należało do najważniejszych okresów naszego życia. Studia medyczne uchodziły za wyjątkowo wymagające, ale właśnie wspólne pokonywanie trudności tworzyło między nami szczególne więzi. Dzieliliśmy sukcesy i rozczarowania, wspieraliśmy się przed egzaminami i kolokwiami, czasem ukrywaliśmy łzę po niepowodzeniu na anatomii czy biochemii. Jednocześnie odkrywaliśmy świat kultury – wspólnie odwiedzaliśmy filharmonię, operę, teatry i kluby studenckie. W tych latach rodziły się przyjaźnie, które miały przetrwać całe życie.
Później przyszły lata pracy zawodowej, zakładania rodzin, codziennych obowiązków i odpowiedzialności. Wspomnienia nie zniknęły, lecz na pewien czas przykryła je proza życia. Wszystko odżyło ponownie w 1991 roku, kiedy to nasz starosta roku, śp. prof. Marek Tuszewski (1948–1997), zorganizował pierwszy zjazd naszego roku. To wydarzenie przywróciło dawną wspólnotę i pozwoliło odnaleźć siebie nawzajem po latach. Piękną tradycję corocznych spotkań przejął nasz Kolega Piotr Janaszek (1947–1998), a następnie przez kolejne dziesięciolecia z niezwykłym zaangażowaniem kontynuowała ją nasza Koleżanka Alicja Kaczmarek-Michalewicz. Dzięki Jej pracy nasze zjazdy stały się czymś więcej niż tylko spotkaniami absolwentów. Były podróżą przez najpiękniejsze zakątki Polski i krajów sąsiednich, a przede wszystkim podróżą do własnej młodości.
Dlatego każdego roku z niecierpliwością czekamy na maj lub czerwiec. To wtedy możemy ponownie usłyszeć znajome głosy, zobaczyć dawne twarze, przywołać wspomnienia i choć na chwilę odzyskać czas, który wydawał się bezpowrotnie utracony. Jest to nasz wspólny czas – czas przyjaźni, pamięci i wzruszeń.
Także i w tym roku spotkaliśmy się w podpoznańskim Baranowie jako absolwenci Wydziału Lekarskiego z lat 1965–1971 oraz Oddziału Stomatologii z lat 1965–1970. Brzmi to bardzo oficjalnie, lecz w rzeczywistości jesteśmy grupą ludzi połączonych czymś znacznie głębszym niż data ukończenia studiów. Łączą nas wspólne doświadczenia, wspomnienia, przyjaźnie oraz szczególna więź serc i umysłów, która nie poddaje się upływowi czasu. Wręcz przeciwnie – z każdym rokiem staje się bardziej szlachetna, jak stare wino dojrzewające w piwnicach pamięci.
Po zakończeniu tegorocznego spotkania na naszej grupie WhatsApp – co samo w sobie świadczy o tym, że staramy się nadążać za współczesnością – pojawiły się słowa Ewy Lutkowskiej-Baszkowskiej, niezapomnianej Miss Juwenaliów 1966 roku:
„Myślę, że nasze spotkania są coraz bardziej serdeczne i sentymentalne. Oby jeszcze tak dalej… tego sobie życzymy”.
Trudno o trafniejsze podsumowanie.
Może właśnie dlatego chcielibyśmy polecić młodszym pokoleniom podobne pielęgnowanie przyjaźni. Nie są to bowiem jedynie wspomnienia dawnych lat. To źródło energii, radości i optymizmu, które rozświetla każdy kolejny dzień. To możliwość zachowania młodości nie w metryce, lecz w sercu.
Bo młodość nie zawsze oznacza wiek. Czasem oznacza po prostu umiejętność cieszenia się spotkaniem z drugim człowiekiem.
Z kolei Hirek Głowacki, mieszkający od dekad w Niemczech, który jak za dawnych lat przybył na miejsce spotkania na motocyklu, tak opisał tegoroczny zjazd:
„Przyjechało ponad 50 osób, co było dużym osiągnięciem. W końcu najmłodsza uczestniczka czy najmłodszy uczestnik miał 78 lat, a najstarszy ponad 86. W sumie przybyło 25% byłych absolwentów naszego roku. Przyjechały koleżanki i koledzy z różnych stron geograficznych. Najdalszą podróż odbyły 3 osoby, bo pokonały około 650 km w jedną stronę. Pogoda w tych dwóch dniach (30–31 maja 2026 r.) była fajna. Nie było ani za gorąco, ani za zimno. Tak w sam raz. I w tym roku, jak każdego roku, panie i panowie ubrani w stroje wieczorowe podkreślili wzajemny szacunek i wagę spotkania koleżeńskiego. Tematy, dyskusje i związane z nimi emocje były najróżniejsze. Osobiście zaskoczyło mnie to, że ponad 2/3 koleżanek i kolegów nadal pracuje zawodowo. Jedni parę godzin w tygodniu, inni w wielu przychodniach, jak i w szpitalach. I to ludzie, którzy ponad 13–15 lat temu oficjalnie ukończyli pracę zawodową i mogli jako emeryci nareszcie zajmować się własnymi potrzebami o różnym charakterze. Czy to pracami kulturalnymi, muzycznymi, kreatywnymi, czy też udzielać się charytatywnie. Ta chęć do dalszej pracy zawodowej – jak to wynikało z rozmów – miała różne podstawy: 1) zbyt małe emerytury, 2) chęć pokazania swojej ważności – «ja jestem jeszcze potrzebny czy potrzebna», 3) brak mentalnego i organizacyjnego przygotowania do emerytury. W szczególności punkt 3. nasuwa mi pytanie, czy to nie jest początek zapominania przeszłości. Pamiętam, gdy w czasie aktywnej pracy zawodowej odkładało się marzenia i plany na czasy pozazawodowe. Zdania zaczynały się: jak nie będę musiał pracować, to zacznę malować, grać na pianinie, podróżować, spotykać ludzi – i rodziło się wtedy wiele, wiele innych pomysłów. Co się stało z naszymi marzeniami? W zasadzie, poza potrzebą finansową, było wyczuwalne, że moi kochani koledzy i koleżanki w czasie aktywnego życia zawodowego nie przygotowali się na czas życia emerytalnego. Poza rozmowami o dalszej pracy zawodowej były takie tematy jak rodzina, dzieci, wnuki. Nie zabrakło wspomnień o koleżankach i kolegach, których już pomiędzy nami nie ma. I z dużym szacunkiem oraz ciepłem opowiadało się o ich osiągnięciach, o ich życiu, co znaczy, że nie zostali zapomniani i – dopóki żyjemy – są stale z nami. No i jak zawsze wspominano studenckie czasy. Wesołe momenty, ciekawe momenty. Wprawdzie historie te były opowiadane na każdym spotkaniu, a mimo to wywoływały te same głośne wybuchy śmiechu.
Musimy też parę słów wspomnieć o samej lokalizacji spotkania. Hotel Edison w Baranowie pod Poznaniem został po latach wybrany ponownie, gdyż dotychczas zarówno ceny były przyjazne, jak i jakość usług wysoka. Taką opinię mieliśmy z poprzednich imprez, jak i prywatnych zabaw imieninowych w tym hotelu.
Na koniec propozycja na przyszłość. Pomimo stałego poczucia wiecznej młodości należy jednak przyznać obiektywnie, że jesteśmy już w podeszłym wieku, i w tej sytuacji warto było zorganizować spotkanie krótkie, ale intensywne, w dodatku w pobliżu Poznania i naszej Alma Mater”.
Na przedostatnie typowe kilkudniowe wspólne wycieczki decydowało się przybyć coraz mniej osób. Przyczyny mogły być różne, ale teraz można było zauważyć, jak wielu z nas korzysta z różnych sprzętów ortopedycznych – naszymi nowymi „przyjaciółmi” stały się laski, kule, balkoniki czy aparaty słuchowe. Nikt się tego nie wstydził, a za czasów naszej młodości było typowe, że osoby z gorszą sprawnością wstydziły się pokazać światu, ukrywały niepełnosprawność i zwykle pozostawały w domach. Piszemy o tym dlatego, że być może młodsi czytelnicy naszych wspomnień w ogóle nic nie wiedzą o tak dla nich pradawnych czasach. Dlatego jesteśmy szczęśliwi, że dane nam jest poznawać internet, media społecznościowe, czasem dyskutować ze sztuczną inteligencją, a poza tym wychodzić do ludzi i świata bez zażenowania i wspólnie przeżywać radość. Daje to siłę i optymizm na dalsze lata życia, a także oczekiwanie na kolejny maj–czerwiec, kiedy się serdecznie uściskamy…
A że jesteśmy wychowani na języku łacińskim i nasze pokolenie używa go także w medycynie, możemy uznać, że spotykając się tak chętnie i bezwarunkowo z koleżankami i kolegami reprezentującymi odmienne od naszych poglądy polityczne, pozytywnie realizujemy starożytne rzymskie określenie modus vivendi, co wg Słownika języka polskiego PWN oznacza: „sposób ułożenia stosunków pomiędzy ludźmi o odmiennych poglądach lub interesach, umożliwiający im zgodne współżycie”. Ten rodzaj przyjaznego, akceptującego modus vivendi jest naszym Wielkim Marzeniem i Przesłaniem dla kolejnych pokoleń…
Jerzy T. Marcinkowski
Ewa Lutkowska-Baszkowska
Hieronim Głowacki
Zofia Łukaszewicz-Konopielko
Zdjęcia: Hieronim Głowacki


