Wsparcie dla Fundacji Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”

Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy,

 

W ubiegłym roku, w wakacyjnym wydaniu naszego Biuletynu, opisałam moją pracę charytatywną i pobyt w Indiach. Razem ze studentami i młodymi lekarzami pracowaliśmy w ośrodku dla ludzi chorych na trąd, stworzonym przez polskiego misjonarza Ojca Mariana Żelazka. Byliśmy tam wielokrotnie dzięki Fundacji Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”, która od 34 lat wspiera polskich misjonarzy.

 

 

W swoim działaniu statutowym Fundacja ma pomoc medyczną dla misji w biednych regionach Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Po dłuższej przerwie wracam do aktywności w Fundacji. Jednak, by móc tak działać, potrzebne są fundusze — na środki opatrunkowe, lekarstwa, sprzęt medyczny i wolontariuszy wyjeżdżających do pracy.

 

 

 

 

 

Dlatego bardzo proszę: przekażcie swoje 1,5% podatku na konto Fundacji, a zapewnicie pomoc medyczną wielu potrzebującym.

 

Fundacja Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”
KRS: 0000039129
Konto: 09 1090 2255 0000 0005 8000 0192

 

lek. dent. Anna Tarajkowska

 

 

 

 

Poniżej przypominamy tekst z wakacyjnego wydania Biuletynu Informacyjnego WIL.

 

 

 

Misje medyczne w Indiach – wyjątkowe wspomnienia z wyjazdów lek. dent. Anny Tarajkowskiej 

 

Mnie i kilkunastu uczestnikom kolejnych wypraw medycznych, praca tam dała wiele doświadczeń nie tylko zawodowych, ale pozwoliła też lepiej poznać Indie, ludzi tam żyjących, ich kulturę i zwyczaje – mówi doktor Anna Tarajkowska, która wieokrotnie uczestniczyła w misjach medycznych, pomagając tysiącom ludzi. Szczególnie Bliskie sercu Pani doktor stały się Indie.

 

Moja przygoda z Indiami rozpoczęła się jesienią 1992 r., kiedy od dr Wandy Bieńskiej, za pośrednictwem mojej przyjaciółki Elżbiety, dowiedziałam się, że misjonarz, ojciec Marian Żelazek poszukuje stomatologa do pracy w jego misji w indyjskim miasteczku Puri. Nie zastanawiałam się długo i decyzja została podjęta – jadę do Indii.

 

Po załatwieniu wszelkich formalności, kontaktach z Fundacją Redemptoris Missio, skompletowaniu grupy ochotników, zaczęły się przygotowania do wyjazdu. Nasza czteroosobowa grupa to trzech studentów ostatniego roku Wydziału Lekarskiego poznańskiej AM i ja – stomatolog. Spotykaliśmy się kilka razy z doktor Wandą Bieńską, która nas przygotowywała do pracy w misji i do spotkania z ludźmi chorymi na trąd. Z kolei doktor Jerzy Stefaniak z Kliniki Chorób Tropikalnych poznańskiej AM uczył nas, jak unikać zagrożeń i chorób, z którymi możemy się spotkać w kraju tropikalnym. Zabezpieczeni teoretycznie i lekami przeciwmalarycznymi, wyruszyliśmy do Indii.

 

W naszych plecakach, oprócz minimum rzeczy osobistych, mieliśmy potrzebne do pracy stomatologicznej sterylizatory, znieczulenia, rękawiczki, podstawowe leki. Podróż była długa, najpierw samolotem 10 godzin do stolicy Indii – Delhi, a potem 40 godzin pociągiem wagonami I klasy do Puri – miasteczka położonego nad brzegiem Oceanu Indyjskiego w Zatoce Bengalskiej.

 

W Puri powitał nas ojciec Marian Żelazek – misjonarz, który założył tam ośrodek dla ludzi chorych na trąd. W Indiach wyklucza się chorych ze społeczeństwa – po prostu stają się „niedotykalni”. Ojciec Marian zorganizował dla nich życie – zapewnił dach nad głową, leki, opiekę medyczną i również stomatologiczną, ponieważ trędowaci nie byli przyjmowani do gabinetów – nikt nie chciał ich leczyć.

 

Mój „dental room” to było niewielkie pomieszczenie bez klimatyzacji, a temperatura wówczas sięgała 30–35°C. Nie miałam chłodzących sprzętów. Prymitywna maszyna napędzana sznurkiem i to, co przywiozłam z Polski. Moim zadaniem była pomoc stomatologiczna dla około 400 dzieci ludzi trędowatych i tych bardzo biednych z okolicy. Wszystkie dzieci były przebadane przez miejscowych medyków, a ja robiłam przeglądy jamy ustnej i kwalifikowałam do dalszego postępowania.

 

Ten pierwszy niezapomniany pobyt w Puri to była ciężka praca od rana do wieczora – pełne leczenie chorych zębów. Niestety, około 80% mojej działalności w tym prymitywnym gabinecie to były ekstrakcje. Chorzy pacjenci byli bardzo cierpliwi i wdzięczni, że mogli się pozbyć bolących zębów.

 

Medycy po zbadaniu dzieci ruszyli do dorosłych chorych. Opatrywali rany, podawali leki, zakładali opatrunki, wysłuchiwali pacjentów i zalecali dalsze leczenie. Na zakończenie naszego pobytu mieszkańcy Puri przygotowali dla nas wspaniałe przedstawienie pożegnalne z tańcami, śpiewami i kolorowymi strojami. Czuliśmy się wspaniale oraz obiecaliśmy powrót i kontynuację misji medycznej i stomatologicznej.

 

Wróciliśmy tam wiele razy. Nasza następna ekipa to lekarz pediatra i internista, pielęgniarka i ja – dentystka. W Puri czekano na nas, mieszkańcy misji ojca Mariana wiedzieli o naszym przyjeździe, bardzo liczyli na naszą pomoc. Lekarze badali, opatrywali rany, zalecali dalsze leczenie, a ja znowu leczyłam chorych – dzieci i dorosłych. Tym razem było więcej leczenia niż ekstrakcji. Czterotygodniowy pobyt tam utwierdził nas w przekonaniu, jak bardzo jesteśmy tam potrzebni.

 

Moja następna ekipa to dwoje studentów Wydziału Lekarskiego i jedna studentka stomatologii. Wielkie nadzieje i radość, że znowu jesteśmy, że znowu możemy im pomagać. Karolina, początkująca stomatolog, dzielnie pracowała ze mną. Przyjmowałyśmy głównie dzieci, ale i dorosłych. To była już mniej inwazyjna protetyka i duże doświadczenie.

 

Medycy badali dzieci i dorosłych, opatrywali rany. Jak zwykle Livingstone pomagał i tłumaczył. Grupa była już bardziej doświadczona, konkretna, ze strony lekarzy był chirurg, który w trakcie specjalizacji dokonywał małych zabiegów chirurgicznych. Byliśmy już tam znani, doceniani przez ojca Mariana. Przyprowadzano biednych pacjentów z parafii, przychodzili nawet kapłani z Wielkiej Świątyni Hinduskiego Boga Światła.

 

Następny wyjazd to mój powrót z wolontariuszką stomatolożką Karoliną, która już skończyła studia i była młodym lekarzem chirurgiem. Byliśmy oczekiwani i pracowaliśmy od nowa do końca. Była jedna niespodzianka – ojciec Marian nawiązał kontakt ze stomatologami z Europy, którzy zorganizowali fundusze i zakupili nowoczesne wyposażenie gabinetu dentystycznego. Mogłyśmy już teraz pracować –  lepiej leczyć i pomagać dzieciom.

 

To był ostatni pobyt w Puri przed śmiercią ojca Mariana. Na przestrzeni tych kilkunastu lat mogłam zaobserwować, jak wielkie zmiany i postęp dokonały się dzięki jego pracy. Ludzie chorzy na trąd nie byli już tak bardzo wykluczeni, dzieci z miasta chodziły do szkoły, solidnie uczyły się i były na dobrym poziomie. Ojciec Marian zaczął budować gimnazjum, które miało zapewnić młodym ludziom lepszą przyszłość.

 

Po śmierci ojca Mariana opiekę nad misją objęli jego współbracia werbiści. Mój ostatni pobyt w Puri związany był z uroczystościami rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego ojca Mariana, chociaż on sam był bardzo skromny. Dwie delegacje z Polski były obecne na uroczystościach w tym świętym miejscu.

 

Odwiedziłam mój „dental room”, który niestety już nie istnieje. Na zakończenie muszę powiedzieć, że zarówno mnie, jak i kilkunastu uczestnikom kolejnych wypraw medycznych, praca tam dała wiele doświadczeń nie tylko zawodowych, ale pozwoliła też lepiej poznać Indie, ludzi tam żyjących, ich kulturę i zwyczaje.  

 

 lek. dent. Anna Tarajkowska