Dr med. Sławoj Maciejewski (1936-2025) – życiorys i pamiętnik

Dr n. med. Sławoj Maciejewski

Ż Y C I O R Y S

 

Urodziłem się 20 lipca 1936 roku w Środzie Wlkp. Rodzice moi, ojciec Tadeusz w listopadzie roku 1939 został aresztowany przez hitlerowskiego okupanta i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau, a od 1942 przebywał w obozie Konzentrationslager Oranienburg – Sachsenhausen. Tu ginie w lutym 1945 roku uśmiercony fenolem podanym dożylnie. Matka moja Helena z domu Polska była aresztowana wraz ze mną i rodzeństwem w czerwcu 1940 roku. Razem przebywaliśmy w obozie, miejsce nieznane do lata 1942 r. We wrześniu tego roku wraz z rodzeństwem zostałem skierowany do obozy koncentracyjnego dla dzieci i młodzieży w Łodzi (Polen Jugendverwahrlager in Litzmannstadt). Matkę natomiast wywieziono do obozu w Ravensbruck, z którego powróciła w maju 1945 roku i w tym samym miesiącu po 4 dniach zmarła. Obóz w Łodzi opuściłem 19 stycznia 1945 r. po wyzwoleniu miasta.

 

Szkołę podstawową i Liceum Ogólnokształcące im. Janka z Czarnkowa ukończyłem w Czarnkowie. Następnie w roku 1955 podjąłem studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Poznaniu. Dyplom lekarski uzyskałem w marcu 1963 roku.

 

W latach 1957 do 1962 byłem zatrudniony, jako młodszy asystent, w Katedrze Anatomii Prawidłowej Człowieka u prof. dr hab. med. Józefa Kołaczkowskiego.
Po odbyciu stażu podyplomowego rozpocząłem pracę i specjalizację z chirurgii dziecięcej w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym przy ulicy Krysiewicza w Poznaniu. Pracę przerwał pobór do wojska w październiku 1965 r. W wojsku służyłem do listopada 1967, uzyskałem w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej specjalizację z medycyny lotniczej. Posiadam stopień kapitana.
Wobec uzyskania możliwości pracy w Szpitalu Położniczo-Ginekologicznym pod kierunkiem prof. dr hab. med. Edwarda Howorki, podjąłem w nim pracę w dniu 01.12.1967 roku. Uzyskałem specjalizację z zakresu ginekologii i położnictwa. W latach 1967 do 1972 byłem zatrudniony dodatkowo w Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa w Poznaniu, na stanowisku Kierownika Działu Metodyczno-Organizacyjnego na 1/2 etatu, gdzie zadaniem podstawowym było pozyskiwanie krwiodawców i współpraca z ośrodkami wspomagającymi jak PKP, PCK, wojsko. Po utworzeniu ZOZ nad Matką i Dzieckiem, do którego zaliczono mój szpital, pełniłem dodatkowo obowiązki inspektora ds. orzecznictwa lekarskiego (lata od 1980 do 1997). W tym czasie byłem także wykładowcą anatomii człowieka w Szkole Położnych przy ul. III Maja w Poznaniu. Od 1978 roku prowadzę prywatną praktykę lekarza specjalisty chorób kobiecych i położnictwa. W roku 1999 przeszedłem na wcześniejszą emeryturę, aby umożliwić sobie dalsze szkolenie zagranicą z zakresu leczenia niepłodności, którym to zagadnieniem interesowałem się od początków ginekologicznej kariery. Nadal byłem na częściowym etacie do 2012 r. Od 1998 do 2000 kierowałem Ośrodkiem Leczenia Niepłodności „Intermedica”, a 2001 do 2012 „Vital – Medica”.
W roku 2003 obroniłem pracę doktorską z zakresu prawa medycznego [Sławoj Maciejewski: Ocena postępowania lekarskiego w oparciu o normy etyczne i prawa stanowione w świetle materiałów Okręgowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Wielkopolskiej Izby Lekarskiej; promotor dr hab. med. Jerzy T. Marcinkowski; Akademia Medyczna im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, Wydział Lekarski, 2002].

 

Jestem członkiem Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, a także międzynarodowych towarzystw lekarskich, między innymi – International of Pediatric and Adolescens Gynecology i European Society of Human Reproduction & Embrology (ESHRE).

 

Od momentu reaktywowania Izb Lekarskich, uczestniczyłem w jej tworzeniu, od słynnego zebrania delegatów w budynku Zakłady Anatomii przy ul. Heliodora Święcickiego, w maju 1989 r.. Od 1993 do 1997 byłem zastępcą Okręgowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, następnie w latach 1997 do 2001 pełniłem funkcję Okręgowego Rzecznika WIL. Od 2001 jestem członkiem kolegium sędziowskiego Okręgowego Sądu Lekarskiego WIL. W 2000 roku zostałem współredaktorem periodyku Naczelnego Sądu Lekarskiego i Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej „BIULETYN INFORMACYJNY” a następnie członkiem Rady Naukowej wydawanego przez Naczelną Radę Lekarską czasopisma pt. „MEDYCZNA WOKANDA” a także recenzentem artykułów do druku. Wydawnictwa te poruszały tematy z zakresu etyki, deontologii lekarskiej, prawa medycznego i naruszeń kodeksu karnego i cywilnego przez lekarzy. Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku „ARCHEUS” w 2002 zamieściło pracę: Sławoj Maciejewski & Jerzy T. Marcinkowski „Geneza i losy skarg przeciwko lekarzom w świetle materiałów Okręgowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Wielkopolskiej Izby Lekarzy” Archeus. Studia Z Bioetyki I Antropologii Filozoficznej 3:55-104 (2002). W roku 2008 ukazało się w „PRZEGLĄDZIE ZACHODNIM” (czasopismo Instytutu Zachodniego w Poznaniu) moje opracowanie poświęcone „Granicom eksperymentu medycznego”.

 

Od 2001 roku sprawuję funkcję prezesa Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych Koła Poznań – Jeżyce. Od 2014 r członek Wielkopolskiego Zarządy Wojewódzkiego i Prezydium Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych a od 2018 roku sekretarzem. W roku 2022 zostałem v-ce Prezesem WZW ZKiBWP.

 

 

ODZNACZENIA
Z pośród licznych oznaczeń otrzymanych, największą wartość ze względu na historię z nim związaną ma dla mnie „Krzyż Obozowy – Więźniom Hitlerowskich Obozów Koncentracyjnych”. Dalej Złotą odznakę za „Wzorową Pracę w Służbie Zdrowia”, „Za Zasługi w Rozwoju Województwa Poznańskiego” oraz „Za Zasługi dla Województwa Wielkopolskiego”, „Za Zasługi w Rozwoju Miasta Poznania”, „Medal Złoty Za Długoletnią Służbę” nadany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, Tytuł i Odznaka „Zasłużony dla Wielkopolskiej Izby Lekarskiej”, „Krzyż Zwycięzcom” a także Srebrny Medal Towarzystwa im. Hipolita Cegielskiego „LABOR OMNIA VINCIT”, Medal „100 lat NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI”, „Kombatancki Krzyż Pamięci”. Medal pamiątkowy „im. Adama Tytusa Działyńskiego.

 


Dr n. med. Sławoj Maciejewski

PAMIĘTNIK

 

Na świat przyszedłem w roku 600-lecia Sejmików Średzkich. Uroczystości, jakie z tej okazji miały miejsce w tym małym pod poznańskim miasteczku były przednie. W ten czerwcowy dzień 1936 roku na Rynku Miejskim Środy Wielkopolskiej pojawili się ówczesny premier Rządu Rzeczypospolitej Polskiej, generał, doktor Felicjan Sławoj Składkowski, ks. kardynał August Hlond – Prymas Polski oraz liczni oficjale z Poznania. Honory domu pełnił burmistrz miasta Jan Polski, czyli mamy braciszek, sprawujący tę funkcję nieprzerwanie od października 1919 r. Aresztowany w październiku 1939 a zamordowany w Forcie VII w Poznaniu już w styczniu 1940 r. Wśród zaproszonych gości przez Burmistrza byli moi rodzice. Mama była już wysoko brzemienna. Rodzice patrioci, a mamy nazwisko zobowiązywało, zastanawiali się nad imieniem dla mającego urodzić się niebawem dziecka. Postanowiono, że jeśli przyjdzie na świat chłopiec, to nosić będzie imię Sławoj, bo mama była zauroczona ówczesnym premierem Felicjanem Sławojem Składkowskim. Pierwotnie miał być Józef, bo w historii narodu przewijali się dzielni obywatele o tym imieniu jak Józef Poniatowski, Józef Wybicki, Józef Piłsudski, o którym pamięć w narodzie była jeszcze świeża. Jeśli dziewczynka to Jadwiga. Z pierwszych lat życia w pamięci mojej pozostało tylko parę migawek, jak zabawa z opiekunką Marysią, która miała wtedy 16 lat. Tata ubierający wysokie oficerskie buty, z prawidłami, jakich potem już nie widziałem. Panowie zebrani na rozmowach w pokoju zwanym męskim, do którego dzieci miały wstęp wzbroniony. Cukierki czekoladowe owinięte w papierek czerwony, pięknie błyszczący. Podobny a właściwie identyczny cukierek widziałem dopiero dokładnie 28 grudnia 1979 roku w Berlinie Zachodnim (RFN) w domu handlowym KaDeWe.

 

Nagle wybucha okrutna wojna, tak mawiała Mama. Odnotowałem nawoływania Mamy, że musimy uciekać i dalej podróż koleją w wagonach nazywanych przez ludzi już po wojnie bydlęcymi. Jest widno. Las, pociąg z wagonami towarowymi, który gwałtownie zatrzymuje się. Krzyki wszystkich dookoła. Bombardowanie pociągu i strzelanina z samolotów do pociągu i uciekających ludzi w pole. Biegniemy, byle daleko od pociągu. Właściwie jestem ciągnięty, unoszony, cała czwórka pada obok Mamy, gdzieś w polu, gdzie rosły buraki cukrowe (informacja od brata Zdzisia). Tu się film urywa. Przebudzenie moje następuje w jakimś szpitalu. Leżę w białej pościeli a nade mną pochyla się siostra zakonna w „czapce” białej, podobnej do skrzydeł bociana. Obraz ten mnie nie przestraszył, bo takie siostry widziałem, gdy z opiekunką chadzałem do ochronki po siostrzyczkę Danusię i braciszka Zbyszka. Jeszcze uparcie przez długie lata powracał obraz, stojący na stoliku obok słoik z kompotem z żółtych czereśni, którego cudowny smak pamiętam po dzień dzisiejszy, czy tak było nie wiem? Wtedy leżąc w polu zostałem ranny w nogę a Mama odniosła znaczne obrażenia w kilku miejscach. Potem powrót do domu, ale już nie do tego samego mieszkania, bo nasze mieszkanie było zajęte przez bardzo ważnego Niemca, SS-mana. W tym czasie nagabywałem Mamę o Ojca. Mama tłumaczyła, że musiał pilnie wyjechać. Dopiero po latach starszy brat wyjaśnił, że Niemcy Go aresztowali wraz z Wujkiem Burmistrzem, którego pamiętałem, bo często bywałem u niego z rodzicami. Miało to miejsce w październiku lub w listopadzie 1939 roku. Rodzice byli powstańcami wielkopolskimi. Radośni ze zwycięstwa młodzi wielkopolscy powstańcy, 16 -18 letni, postanowili uwiecznić na kliszy na pamiątkę, ową niepowtarzalną chwilę. Tata po I Wojnie Światowej był w Środzie Komendantem Sokoła. Z wybuchem wojny okazało się, że wywiad niemiecki dysponował zdjęciem, jaki powstańcy zrobili wtedy na Rynku w Czarnkowie, miasteczku leżącym nad urokliwą rzeką Notecią. Po zakończeniu I wojny światowej rzeka Noteć stanowiła granicę Odrodzonego Państwa Polskiego z Prusakami. Nikt ze zdjęcia II Wojny Światowej nie przeżył, Mama, Tata, Burmistrz, kolejarz pan Ratajczak i inni.

 

Nadszedł czerwiec 1940 roku, aż pewnej nocy pojawili się żołnierze niemieccy, a może SS-mani, którzy uderzali kolbami w drzwi próbując je sforsować. Słyszę te uderzenia po dzień dzisiejszy, pobudzili wszystkich, oznajmiając Mamie, że należy opuścić szybko mieszkanie. W popłochu pakuje odrobinę dobytku. Pamiętam tę noc i Mamę przez okno wyrzucającą zawiniątko. Przed domem stała grupka ludzi, z którymi i nas popędzono na dworzec kolejowy. Obraz znowu zanika. Przebudzenie następuje, jak leżę w jakimś bardzo dużym budynku z dużą halą. Mama chroni mnie przed światłem słonecznym, po latach zrozumiałem, że byłem chory. Była to niechybnie odra w ocenie mojej, już późniejszego lekarza. W dziecięcej główce tamte czasy jawią się jak album zdjęciowy, obracasz kartkę i inny obraz. Z tego obozu pamiętam wykopany na placu duży dół otoczony kłodami drewnianymi, to była ówczesna toaleta. Sądziłem prawie przez całe życie, że to sobie zmyśliłem, aż tu nagle czytam (2018 r.) raz i drugi a tu „stoi” napisane o kloacznym dole przez panią Mariannę Grynię w książce WYPĘDZENI. Książki pani Marianny Gryni dały mi wiedzę na temat tych wcześniejszych przeżyć i gdzie byliśmy z Mamą i rodzeństwem.. To Obóz Koncentracyjny w Konstantynowie pod Łodzią. Tam znalazło się wiele rodzin z licznymi dziećmi aresztowanych w czerwcu – lipcu 1940 w Środzie. Wśród tych aresztowanych była pani Marianna, tylko aresztowana rok później.

 

Kolejny obrazek już bez Mamy, widzę jakiś duży plac, na nim w szeregu same dzieci, a przed nimi Niemiec w mundurze z batem i pies wilczur u nogi. Woła Achtung. Twarze wystraszone, ale zęby zaciśnięte w bezsilnej złości. Krzyczy, bije dzieci, wyrzuca z szeregu. Każdy trzyma w ręce miskę. Dalej marsz na posiłek. Wyrzuceni nie otrzymują jedzenia, to kara za jakieś przewinienia. Z twarzy mojej na pewno bił strach i płynęły łzy. Jest mi bardzo smutno, pragnę od braciszka dowiedzieć się, dlaczego ten pan bije te dzieci? Wyjaśnia cicho, ukradkiem, abym nie pytał, bo oboje możemy nie dostać obiadu czy kolacji. Przewinienia były różne, trudno wszystkie wymienić, a to źle zasłane łóżko i wyjaśniam, że na pryczy drewnianej leżały sienniki. Były one wypełnione słomą, która po pewnym czasie przemieniała się w drobne kawałki słomy, zwane sieczką. Prycze były piętrowe. Małym dzieciom trudno było wejść a dopiero ścielić łózko. Niemcy rano sprawdzali czy pod siennikiem jest czysto. Karconym było się już, jeśli leżały drobinki tej pokruszonej słomy (to informacja od Zbyszka). Dalej, sprawdzano czystość misek do jedzenia, a tak naprawdę, czy emaliowana miska nie ma świeżych odbić. Uważano to za działalność dywersyjną na szkodę Rzeszy Niemieckiej. Metodą było pokrywanie świecących miejsc ziemią ze śliną. Pamiętałem przez cały pobyt w tym obozie. Idącą kobietę, którą uznałem za mamę i pociągnąłem za spódnicę, i która w odpowiedzi uderzyła mnie w twarz aż poleciała krew z nosa krzycząc „du polnischer Schwein”. Najbardziej przykre wspomnienia wiążę z wizytami w baraku, gdzie mieściło się obozowe ambulatorium. Później wyczytałem w jakieś książce, że nad ambulatorium rolę lekarza pełniła Sydonia Bayer – nazwisko dowiedziałem się od siostrzyczki. Gdy o tym pomyślę to łzy same napływają do oczu. Rana na prawym podudziu z czasów bombardowania nie goiła się, dlatego byłem odsyłany do ambulatorium. Tam na środku izby stała wysoka, z groźną miną Frau Pohl – ta sama co uderzyła mnie w twarz. Tak ją zapamiętałem. Sadzała na krześle i zdzierała stary opatrunek. Następnie wlewała do rany cuchnący czarny płyn, po którym wyrywał się okrzyk bólu, płacz mieszany z jękiem. W odpowiedzi na płacz „pielęgniarka” wymierzała solidny policzek. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego po wizycie długo cierpiałem straszliwe dolegliwości. Po latach szperając w literaturze czasów wojny znalazłem wyjaśnienie. Używano wg niemiecko-hitlerowskiej szkoły niezawodnego środka dezynfekującego rany nierozcieńczony lizol, jako środek przeciwbakteryjny, który niszczył świeżą ziarninę i tak w kółko.

 

Tu na chwilę dalsze wspomnienia muszą się urwać, bo są zbyt bolesne. To miejsce, gdzie przebywałem z rodzeństwem przez prawie dwa lata to Obóz Koncentracyjny dla Dzieci i Młodzieży w Łodzi (Polen Jugendverwahrlager in Litzmannstadt). Tam były zsyłane dzieci najczęściej z Wielkopolski z wyrokiem „Za działalność na szkodę Rzeszy Niemieckiej” i dzieci, których rodzice znajdowali się w obozach koncentracyjnych. Był też tam późniejszy górnik, jako dziecko mieszkaniec Szamotuł z wyrokiem śmierci, schwytany nocą w polu, kiedy biegł z meldunkiem, nic nie powiedział. Muszę jeszcze wspomnieć Frau Pohl. Ta kobieta to Polka o nazwisku Pol. Podpisała listę volksdeutsch i zmieniła pisownię na Pohl. Po wojnie nawet odznaczona została jakimś orderem za pomoc Polakom. Po latach dziewczęta obozowe, już dorosłe, rozpoznały swoją Oberkomando. W Poznaniu, około 1966 roku, w czasie konfrontacji jedna z dawnych dziewcząt obozowych na jej widok zemdlała, bo przed oczyma pojawiły się koszmary z tamtych lat z udziałem tej kobiety. Sprawiedliwy wyrok sądu – 15 lat więzienia zapadł!!! Myśmy cudem przeżyli. Ja dzięki siostrzyczce, która jakimś sposobem mnie dokarmiała i obszywała. Pozostałość po tych dniach katorgi to u niej wieczne bóle głowy przez całe życie, z czym się zawsze kryła, tylko ja wiedziałem. Zbyszek, jak miał okazję i udało się dostać do mnie to podrzucał coś do jedzenia. Z obozu wyniósł mnie na ramionach brat Zdzisław, bo nie miałem sił chodzić, umierałem.

 

Na całe życie z tamtych dni w pamięci zostały trzy niosące cierpienie słowa, GŁÓD, BÓL I ZIMNO. Po tych dniach głodu pozostał nawyk, przyzwyczajenie, walka, aby nie pozwolić zmarnować się nawet okruszka jedzenia. Nie cierpię, staję się niemiły, a nawet niegrzeczny po dzień dzisiejszy, jeśli zostaje jedzenie na talerzu lub wyrzuca się nadmiar produktów.

 

Po opuszczeniu obozu z ulicy zgarnęła nas jakaś rodzina, nakarmiła, ubrała i pozwoliła wyspać się a nade wszystko ogrzać. Po wielu latach wspominało się te chwile i ów karkołomny powrót ciężarówkami wojskowymi. Wróciliśmy do Środy, do domu przyjaciół rodziny. Z tego okresu pamiętam, jak leżąc skrajnie wychudzony, osłabiony, z temperaturą, słyszę rozmowę kilku kobiet będących w pokoju i debatujących – gdzie kupić trumnę i czy położyć „go” na cmentarzu obok Hanki. Hanka to rówieśnica z piaskownicy, zmarła, bo jak opisywano udusiła się, była to niechybnie błonica. Jak się okazało – nie umarłem. Dalej pamiętam wysiadywanie przed domem na „ryczce” – dzisiaj taboret, w oczekiwaniu powrotu Mamy i Taty. Dziwiło mnie wtedy, że żadna z trzech sióstr zmarłej Hanki nie wygląda powrotu swego ojca. Jeszcze dzisiaj pamiętam ich imiona Marysia, Zosia i Basia. Któregoś dnia, jedna z sióstr Barbara wyjaśniła mi, że tata nie wróci, bo zginął w Katyniu. Poinformował ich o tym fakcie dawno temu niemiecki oficer. W czasie ekshumacji przy zwłokach znaleziono legitymację szkolną z imieniem Zofia Derczyńska Środa. Niemcy wyczytywali przez radio nazwiska zidentyfikowanych osób.

 

W miesiącu maju 1945 rok miały miejsce dwa przykre zdarzenia. Oto wraca z obozu Mama ciężko chora, którą następnego dnia przewieziono wozem konnym do szpitala Tu opiekę przejmuje znajomy doktor Zygmunt Wałczyński. (Nazwisko dowiedziałem się w dyrekcji szpitala po wielu latach, powszechnie nazywano Go „Staruszkiem”). Niestety, mimo pomocy nastąpił zgon po 4 dniach od powrotu do nas. Muszę parę słów poświęcić owemu lekarzowi. Przyjęty do pracy na początku lat dwudziestych, wskazany Burmistrzowi przez Izbę Lekarską. Lekarz i człowiek to niezwykły. Chirurg, ale kleszczami położniczymi władał równie biegle jak skalpelem, rozpoznawał bezbłędnie choroby zakaźne u dzieci. Dyrektorował szpitalowi od 1927 do 1960 roku z przerwą okupacyjną. Wyczyn niesłychany. W tamtym okresie tragedii, utraty mamy nie rozumiałem. Mamy prawie 3 lata nie widziałem, nie pamiętałem i jawiła mi się, jako widmo. Natomiast brak Jej pieszczot, pocałunków, słów pociechy zacząłem odczuwać dużo później a szczególnie w czasie studiów, im byłem starszy tym bardziej odczuwałem utratę Matki. Zauważyłem, że ponownie pojawiała się skrzętnie skrywana łza na policzku. Po latach wyszperałem dokumentację chorobową i dowiedziałem się o przyczynie zgonu. Była to tzw. stenoza zastawki dwudzielnej, dająca w następstwie niewydolność krążenia. Na domiar wszystkiego dociera wiadomość o śmierci Ojca od współwięźnia obozu w Sachsenhausen-Oranienburg. W tym obozie ginęli profesorowie uniwersytetów lwowskiego i krakowskiego, gen. Stefan Rowecki Grot.

 

Miało to miejsce w lutym 1945 roku, na krótko przed wyzwoleniem. Uśmiercono Go fenolem podanym dożylnie w ramach prowadzonych eksterminacji więźniów, którzy za dużo widzieli w czasie 5 lat obozowej katorgi, zaliczając także pobyty w Forcie VII w Poznaniu, Dachau, Ravensbrück. W Powstaniu Warszawskim zginął pod bombami brat mamy wujek Bernard, człowiek niezwykły. W 1919 roku ukradł Niemcom – Prusakom samolot dwupłatowiec, rozkręcił i wsadził do wagonu towarowego i przysypał ziemniakami, po niemiecku kartoffel, przywiózł do Poznania na Ławicę. Ta informacja pochodzi od cioci Walerki z dodatkową opowieścią o tym jak babcia moją a mama wujka całymi dniami modliła się o uwolnienie na granicy. W domu w Czarnkowie wisiało zdjęcie Wujka na tle samolotu na Ławicy.

 

Opiekę nad zbłąkanymi sierotami przejęły siostry mamy Maria i Waleria. Przeprowadziliśmy się do domu po dziadkach w Czarnkowie. Dom duży, okazały, wybudowany z funduszy synów w podzięce za wykształcenie na adwokata, lekarza, przemysłowca i ekonomistę (burmistrz Środy). Wujek Bernard to ten przemysłowiec (fabryka kas pancernych, znana w całej Polsce). Przeprowadzka trwała cały tydzień. Drogi zniszczone, mosty zburzone, ciężarówka psuła się wielokrotnie. Zabraliśmy z naszego mieszkania trochę mebli i metalową skrzynię z rodzinną porcelaną, która była zakopana w ogrodzie u cioci Kazi (tak ją nazywałem – to nasza kucharka). Pamiętam, jeszcze w Środzie, że kiedy byliśmy już same dzieci w naszym przedwojennym mieszkaniu, pojawili się sowieccy żołnierze i zabrali zestaw mebli skórzanych, kanapę i fotele. Po przybyciu na miejsce konieczna była szybka wizyta z nogą u lekarza, zgodnie ze średzkimi zalecenia. Prawdopodobnie miałem mieć amputowane podudzie. Znajomy lekarz poinformował Ciocię, że Anglicy mają taki lek, który wszystko leczy i może Olek, brat Mamy – lekarz w Katowicach, który miał przyjaciół na Wyspach Brytyjskich (ze wspólnej nauki w Szwajcarii) mógłby postarać się o ten lek. Dostałem ten lek, noga został uratowana. Była to prawdopodobnie Penicylina. W nowym miejscu zamieszkania chodziłem do Szkoły Podstawowej. Byłem zakwalifikowany do 3 kasy a po kilku dniach przeniesiono do 1 klasy. Nie znałem żadnej literki ani cyfry, byłem po prostu zacofany i nadal wystraszony. Dużo musiałem nadrabiać, bo były dzieci, które umiały już czytać, liczyć, bo albo rodzice ich uczyli lub chodzili potajemnie na lekcje. Wiele nauczyłem się od Wujka Konstantego, męża cioci Marii, który – patrząc dzisiejszym okiem – był człowiekiem zdyscyplinowanym, bardzo punktualnym, systematycznym z przepięknym charakterem pisma, drugiego takiego pisma mimo zwracania uwagi nie spotkałem. Miał dużą wiedzę, lubił czytać, w tym po niemiecku, książki pisane gotykiem. Pamiętam, że w 5 klasie pisaliśmy wypracowanie pt., „Kim pragnę zostać w życiu”, napisałem, że chcę być lekarzem i leczyć ludzi i że podoba mi się ten biały strój. Napisałem lekarz przez zet z kropką – Ż. Pani powiedziała, że nim nigdy nie zostanę.

 

W tamtych czasach miało miejsce pewne zdarzenie. Był rok 1947 lub 1948, w wieczór sylwestrowy najstarszy braciszek Zdzichu, wraz z kolegami, jako prawdziwi patrioci postanowili dać wyraz swego stosunku do nowej władzy ludowej. Na Rynku w Czarnkowie po ścianach kamienic i na chodnikach powypisywali na czarno hasło „Śmierć Stalinowi”. Gdzieś mocno po północy do drzwi domu zaczęła się dobijać milicja. Przyszli aresztować zuchwałego 16-17-letniego wichrzyciela. Na całe szczęście sprawa rozeszła się niespodziewanie spokojnie – za karę w Nowy Rok musieli napisy pościerać. Nie wiem, czy byli tak dla tych młodych chłopców dobrotliwi, czy postanowili w zaraniu sprawę zakończyć. Karą była też konieczność opuszczenia miasta, którą to wszyscy uczestnicy tej młodzieńczej demonstracji musieli się poddać. Brat został zabrany przez wujka Olka – lekarza – na Śląsk i dalej pobierał nauki u Ojców Salwatorianów w Mikołowie.

 

Tu muszę wspomnieć serdecznego przyjaciela mojego brata Radka Szamańskiego, także uczestnika sylwestrowej akcji, obdarzonego przepięknym głosem. Za uchylanie się od służby wojskowej, chciał zostać felczerem, został zabrany ze szkoły felczerskiej w Poznaniu i zesłany do kompani karnej do pracy w kopalni uranu. W czasie jakieś socjalistycznej uroczystości Radek, wobec przybyłych oficjeli aż z Warszawy, zaśpiewał proletariacką pieśń. Zaraz po tej akademii wydano rozkaz o przeniesieniu do Centralnego Zespołu Wojska Polskiego do Warszawy. Tak głos uratował mu zdrowie a może i życie. Dużą frajdą buło należenie do harcerstwa, zdobywanie sprawności i naszywanie kolorowych kółek z informacją na rękaw munduru. Dalej poświęcenie sztandaru w kościele przez kanonika, majora, AK-owca Antoniego Thiela w czerwcu 1948 roku i wspólnym głosem młodych piersi odśpiewanie „Boże coś Polskę przez tak liczne wieki…” Od września tegoż roku już ZHP nie istniało; komuna zlikwidowała. Muszę wspomnieć, że od 1946 do 1955 roku byłem ministrantem i wielokrotnie przez te lata z torbą szkolną na godz. 7 biegłem na mszę a potem prosto da szkoły. Po dzień dzisiejszy pamiętam odrobinę tzw. ministrantury. Klęcząc w ukłonie recytowano głośno i wyraźnie „ Confiteor Deo omnipotenti, Beatae Mariae semper Virgini, Beato Michaeli Archangelo, Beato Joanni Baptistae…” i tak dalej, ale już z trudem. To confiteor było, jak pamiętam najtrudniejsze do nauczenia, Uczyła mnie godzinami ciocia Walerka. W tym okresie, jako wikary pojawił się ks. Edward Klemczak. Moje życie splotło się z tym cudownym kapłanem, był moim powiernikiem i przyjacielem na całe życie do jego śmierci w 93 roku życia. Woził z Józkiem Włodarczykiem nad morze. Do Częstochowy, dalej do Zakopanego z Danką Jańczeską, późniejszą siostrą Gabrielą – po latach służby Generałowa Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi – lekarz dentysta oraz z Wandą Boutler. Był organizatorem hokeja dla młodzieży całego Czarnkowa na rozlewiskach Noteci, kuligów, wycieczek rowerowych po Puszczy Noteckiej. Jak mi wiadomo, to po roku 1990 ubiegłego wieku zwiedził z licealistami całą Europę w tym wizyta w Rzymie i spotkanie z Janem Pawłem II. Znali się już wcześniej znad jeziora w Białej, kiedy kardynał, nikomu nieznany, pływał kajakiem z swoją młodzieżą. Rozmawiali po przyjacielsku, ale nikt nie wiedział, kogo spotyka. W tym miejscu położono duży pamiątkowy kamień z tablicą informacyjną o pobycie Kardynała Karola Wojtyły, znowu za sprawą ks. kan. Edwarda Klemczaka.

 

Dobrze żyło nam się chyba do końca 1948 roku, wtedy wszedł „prikaz” o nacjonalizacji przemysłu, czyli – chociaż wbrew ówczesnemu przepisowi – zabrano fabrykę kas pancernych. Właściciel Wujek Bernard zginął w Powstaniu Warszawskim po zbombardowaniu małego domku w czasie montowania min. Myśmy byli spadkobiercami i stąd duże pieniądze, co pozwalało mi całą klasę zaprosić na lody.

 

Tutaj wątek o rodzinie szerzej, od strony mamy. Stale intrygowało mnie nazwisko panieńskie mamy – POLSKA. Przewija się w księgach kościelnych od XVII wieku (tak znalazłem). Przypadkowo natrafiłem na Pamiętniki Janka z Czarnkowa (zostały napisane w języku łacińskim, ja czytałem w tłumaczeniu), był kanclerzem króla Kazimierza Wielkiego XIV w. W tym pamiętniku wyczytałem, że w czasie bytności w Czarnkowie „po mszy świętej odprawianej w południe udał się na obiad do rodziny Polskiej”. Nazwisko Polska, Polski było wyzwolicielem agresji u Niemców, w czasie okupacji przysparzało wiele bólu, cierpienia i niosło śmierć. Mama miała dwie siostry, Marię i Walerię, które nas po stracie rodziców wychowywały. Obie kończyły szkoły w Berlinie. Maria uczyła się kupiectwa i po I wojnie światowej, po wyjściu za mąż zamieszkała w Toruniu i miała swój sklep zwany kolonialką (wszystko dla domu). Waleria była marszandką, czyli przygotowywała, modelowała kapelusze na zamówienie, to znaczyło, że każda kobieta miała z odmiennym fasonem i z wybranymi dodatkami kapelusz. To były czasy kiedy kobiety zawsze chodziły z nakryciem głowy, bogatsze w kapeluszach. Bracia to Jan, prawdopodobnie ekonomista, przed wojną pracował w administracji miasta Berlina a od 1919 r. do września 1939 r. jako burmistrz Środy Wlkp. O Bernardzie inżynierze już wspominałem. Bronisław został prawnikiem i był adwokatem w Katowicach. W czasie wojny przebywał w obozie jenieckim. Zmarł młodo w 1953 roku na niewydolność nerek, następstwo ciężkich warunków w obozie. Najmłodszy brat Aleksander był lekarzem, doktorem medycyny, internistą. Poznałem Go, jako Ordynatora Szpitala w Murdzkach pod Katowicami (może dzielnicy Katowic). Zmarł w wieku 72 lat. Rodzinę ojca mało znaliśmy. Poznałem brata Czesława, który mieszkał w Gnieźnie i siostrę Ludmiłę, także mieszkała w Gnieźnie. Byłem w 1947 r. z Danką na wakacjach u Cioci Ludki, bo tak ją nazywaliśmy. Druga siostra to ciocia Losia – Leokadia, mieszkała w Środzie Wlkp. Lubiłem jeździć do tego wujostwa w czasie studiów, bo wracałem z pełnym żołądkiem. Tata miał jeszcze dwie siostry, o których usłyszałem na starość, Salomea i Marię.

 

Po 7 klasie zgłaszam się do liceum a tu olbrzymie rozczarowanie. Nie zostaję przyjęty ze względu na nieklasowe pochodzenie (nie robotniczo-chłopskie). Dzisiaj już nie pamiętam, co napisałem, kim był mój Ojciec przed wojną, czy właścicielem fabryki, czy przemysłowcem. Interwencja w Kuratorium Oświaty dojść głośnej cioci Marii sprawiła, że otrzymaliśmy pisemko od kuratora i zostałem przyjęty. Fakt ten bardzo mnie zabolał, bo osobą decydującą – czynnik partyjny – był mój ulubiony nauczyciel ze szkoły podstawowej. Odtąd przez całe życie miałem jeden wzór życiorysu. Ojca zrobiłem zbożowcem. Taki zawód znalazłem w książce Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy”, wydanie przedwojenne, którą przeczytałem z zaciekawieniem. Ilekroć byłem pytany, co ten człowiek robi, odpowiadałem, że wnosi zboże do młyna a młynarz miele i wynosi mąkę.

 

Nauczony tym faktem od 10 klasy stałem się aktywistą ZMP (Związek Młodzieży Polskiej –związek na usługach komuny). Muszę jeszcze opowiedzieć o pewnym fakcie, który o mało nie skończył się tragicznie. Był to marzec 1953 roku i śmierć „ojca narodów” Stalina. W auli szkoły akademia ku czci. Wszyscy zgromadzeni, pan Dyrektor zapowiada 3 minuty ciszy dla uczczenia pamięci „wielkiego wodza”. Było to trochę za długo dla nas młodych i ktoś stojący za mną uszczypnął mnie w pewną część ciała. Zareagowałem głośnym parsknięciem. No i zaczęło się, informacja dotarła do Zarządu Powiatowego ZMP. Obronił mnie były kleryk, o klasę wyżej, działacz powiatowego ZMP, tłumacząc, że to nie był śmiech tylko szloch z powodu śmierci „dobroczyńcy narodu”. W liceum kochałem sport, uprawiałem wiele dyscyplin równocześnie. Już we wrześniu 1951, w pierwszym miesiącu bytu w liceum zostałem powołany do reprezentacji szkoły na wyjazd do Opola. Potem byłem przez 3 lata prezesem Szkolnego Koła Sportowego. Obowiązków było dużo, dzisiaj brzmi to dziwnie, bo załatwiałem w sklepach sprzedaż podkoszulek dla licealistów pod ladą, jako strój sportowy. Numerki wycinał wujek a ciocia przyszywała. A także budzenie co niektórych śpiochów na wyjazd na zawody pociągiem, pamiętam po dzień dzisiejszy, na godz. 4,16. Zorganizowałem oczywiście z pomocą dyrektora szkoły – nauczyciela WF w jednej osobie mgr Józefa Klapiszewskiego Olimpiadę Zimową dla szkół licealnych województwa wielkopolskiego. Dumnie kroczyłem prowadząc wszystkich uczestników na czarnkowski rynek na uroczyste otwarcie. Nagrodą były wakacje na Mazurach 21-dniowe dla 16 uczniów, ufundowane przez kuratorium.

 

W wakacjach po 8 klasie musiałem odrobić szarwark, słowo z niemieckiego scharwerk – danina pracy. Przypadały 4 dni z łopatą. Nie poszedłem, ale musiałem 2 tygodnie przepracować w wydziale finansowym, a może nazywał się skarbowy. Wypisywałem karteczki z wezwaniem do zapłaty za posiadanie psa. Pamiętam, że opłata wynosiła 15 złotych na rok. W następnym roku w wakacje chciałem zarobić na nowy ubiór do szkoły, by spodobać się mojej wybrance. Po latach dowiedziałem się, że mojego nowego stroju nie zauważyła. Chodziliśmy po polach z ziemniakami i obsypywaliśmy białym proszkiem przeciw stonce, przy pomocy czegoś podobnego do noszy, dwie żerdzie i rozpostarte płótno. Na to wysypywaliśmy worek chemikalii i chodząc podrzucało się zawartością wznosząc tumany białego pyłu, bez żadnych zabezpieczeń. Proszek bardzo brzydko pachniał. Praca była ciężka, często w upale. W czasie studiów medycznych okazało się, że środek ten był śmiertelnie toksyczny i mógł stanowić duże niebezpieczeństwo dla mojego zdrowia i życia. Był to środek o nazwie chemicznej DDT, po latach ze względu na dużą szkodliwość wycofany. Do dyplomu jeszcze droga daleka. Jest wiosna 1955 roku, w międzyczasie drobny incydent trójki kolegów z aktywistą ZMP z naszej klasy. Koniec końcem mieli przed maturą wylecieć ze szkoły. Za moją namową napisali skargę do Fali 49, gadzina komunistyczna, że została złamana zasada demokracji wewnątrzorganizacyjnej. Nikt nie przypuszczał, że pojawi się sama słynna Wanda Odolska, nazywana potocznie szczekaczką, bo był tylko jeden program radiowy i to się słuchało. Koniec całej sprawy był taki, że nic nie zwojowaliśmy i koledzy, jako dzieci kułaków wylecieli ze szkoły. Ale, od czego są mądrzy i prawdziwi Polacy, patrioci – profesorowie. To oni załatwili przyjęcie do innego liceum, gdzie w terminie zdali maturę, mimo, że byli nieustannie śledzeni przez klasowego kolegę. Chciał zasłużyć na studia w Moskwie. Oddając wszystkie dokumenty na studia należało dołączyć opinię czynnika społecznego, czyli z ZMP. Spotykam przewodniczącego Zarządu Szkolnego ZMP, kolega z niższej klasy i mówię mu, że ma mi napisać opinię. Na to On oświadcza – „mam prośbę, ty to lepiej potrafisz ułożyć i masz ładniejszy charakter pisma, napisz a ja podpiszę”. Opinię wystawiłem sobie przednią. Jakim to ja byłem dzielnym ambasadorem budowy socjalizmu w kolejnej 6-latce, jak to jeździłem po wsiach i agitowałem za oddaniem zboża państwu, aby hutnik czy górnik nie cierpiał głodu. Przyznaję, że to pomogło, ale egzamin zdałem szybko i dobrze, dzięki bardzo dobremu przygotowaniu przez Wilnianina prof. Józefa Markiewicza. Mogę zdradzić, że ten nauczyciel licealny doczekał się swojej ulicy i tablicy pamiątkowej ufundowanej przez naszą klasę w 50-lecie matury. De facto to ja wszystko załatwiłem i sponsorowałem a wybitnie pomagał pan Heniu, wspaniały sąsiad, z którym sami montowaliśmy tablicę. Dodam jeszcze, że pan Profesor już pod koniec ostatniego roku uczył nas jak postępować na przyszłość (wiele osób było ze Wschodu i byli przyzwyczajeni do innej formy zachowań międzyludzkich) by dać świadectwo dobrego wychowania. Uczył jak zachować się przy stole, pisania liścików do lubej i jak postępować zabierając na kawę do kawiarni i jak prosić o rękę rodziców.

 

Stać się studentem medycyny i chodzić w czapce granatowej z laską Asklepiosa lub według starożytnych rzymian Eskulapa, wyszytą złotą nicią, to rzecz naprawdę bajeczna. Wydawało mi się, że nie stąpam po ziemi, ale unoszę się w obłokach. Patrząc z perspektywy czasu, 10 lat po II wojnie światowej, nasze studia nie należały do łatwych. To nie było tylko zdobywanie wiedzy medycznej, ale twarda walka o byt. Zazdroszczę dzisiejszym studentom tych możliwości, atlasy, książki, fantomy, Internet, literatura a także wyjazdy zagraniczne. Nie było książek ani atlasów. Życie codzienne bez rodziców, ale od czego jest młodość. Miałem wtedy elegancką dyplomatkę (rodzaj fasonu), w której paradowałem a która była wykonana z niemieckiego wojskowego szynela, który rozpruto, pofarbowano na czarno i przenicowano. Cały szyk nadał już krawiec. Szkopuł był tylko jeden, farba była kiepskiej jakości i w czasie deszczu płaszcz farbował. Wtedy sztuką było oszczędzanie na przejazdach tramwajowych. Były zawsze przepełnione, więc dobrze wychowani studenci wpuszczali wszystkich do środka a sami stali w otwartych drzwiach na stopniach, a tam nie da się kupić biletu, najczęściej u pani Bileterki, która nie kwapiła się przeciskać do tych na stopniach wiedząc, że to biedni studenci. Jeśli był maksymalnie przepełniony z zajętymi stopniami, to mówiło się – nie wejdziemy wiszą grona. Wspominając pierwsze lata studiów przychodzi zaraz na myśl prof. Tadeusz Kurkiewicz, profesor histologii, czyli budowy ciała od drobnej komórki, oglądanej pod mikroskopem. Na dźwięk tego nazwiska wśród byłych studentów następuje zawsze ożywienie. Kiedyś nasz późniejszy doktor honoris causa, profesor Andrzej Obrębowski, tak snuł opowieść, jak to pan Rektor Tadeusz Kurkiewicz (UAM przed wojną) – kierownik Katedry Histologii, wchodził na salę ćwiczeń, gdzie około dwustu studentów siedziało nad mikroskopami i oglądało preparaty histologiczne. Natychmiast zapanowywała głęboka cisza. Powiało grozą. Pan Rektor dostojnym krokiem sunął po sali i nagle zatrzymuje się przy nieszczęsnym wybrańcu. Ten moment pamiętał też późniejszy wybitny kardiolog Michał Wierzchowiecki stwierdzając: „pamiętam, kto był tą ofiarą”. Była to koleżanka Zyta, wspaniały lekarz, od wielu lat pracująca w Szwecji. Wtedy to pan Rektor pytał – „czórro czo Ty tam widziszsz” i nagłe rozlega się przeraźliwy krzyk – „tyle jest innych zawodów, gdzie można chodzić w białym fartuchu – fryzjer, piekarz a i krowy można doić na biało”.

 

Wspominając tamte czasy, rodzi się bunt w sercu, na myśl o pobudce o godzinie 4 rano, aby na 6 zdążyć do Studium Wojskowego w Collegium Minus, celem odbioru i dopasowania umundurowania i stanąć w szeregu o tej godzinie. Pamiętam, taki dzień grudniowy, kiedy razem z kompanią żeńską kazano nam maszerować w zimnie i w słocie z ciężkim karabinem ulicą Dąbrowskiego, hen za aleję Polską, na pole ćwiczeń. Tam w błocie przeprowadzano ćwiczenia musztry do późnych godzin wieczornych. Już o zmroku, przemęczeni, zmoczeni i zmarznięci wracaliśmy na ulicę Fredry. Bagatela 6 kilometrów w jedną stronę.

 

Tak się złożyło, że Zdzisiu był wtedy już, jako student, młodszym asystentem w Zakładzie Anatomii Prawidłowej i Topograficznej Człowieka. Musiałem się uczyć, by bratu nie przynieść wstydu. Egzamin zdany na celująco!!! To sprawiło, że otrzymałem propozycję pracy na anatomii, którą podjąłem 01 października 1957 roku.

 

Reasumując czas studiów, nauczycieli mieliśmy przednich, każdy godny opisu. Odmówić sobie nie mogę przyjemności wymienienia paru osobistości, które wywarły olbrzymi wpływ na sposób pojmowania posłannictwa lekarskiego. Czołowe miejsce zajmuje po dzień dzisiejszy, mimo upływu lat prof. Stefan Kwaśniewski – internista, kierownik I Kliniki Chorób Wewnętrznych, wspaniały diagnosta, wyrozumiały nauczyciel, muzyk, znawca malarstwa. Dalej prof. Wiktor Dega, wybitny, światowej sławy specjalista ortopeda, odznaczony Orderem Uśmiechu nr 1 przez dzieci, chodząca dobroć i kultura.

 

Pierwszego czerwca 1958 roku poprowadziłem licealną wybrankę serca do ołtarza (jak się okazało wybór był wyśmienity – patrz BABCIA).
Przyznaję, że na ten ostatni dzwonek czekałem z utęsknieniem. Często myślałem o swojej przyszłej pracy. Marzyło mi się bycie endokrynologiem.

 

Ten uroczysty moment nastąpił 16 maja 1960 roku. Ranek tego dnia zapowiadał piękny i gorący dzionek. Niebo było błękitne, bez jednej chmurki. Liście na drzewach stały w bezruchu, jakby czuły, że dla kogoś te najbliższe godziny to przełomowe chwile. Temu faktowi przyroda także chciała sprzyjać. Rzesze pięknych pań i dostojnych panów sunęła w ten sobotni ranek dostojnym krokiem z odrobiną niepokoju ku murom uniwersyteckim, dostojnej Alma Mater Posnaniensis. Dla tej uroczystości, wiele pań po raz pierwszy pojawiło się w zakładzie fryzjerskim. Dzisiaj napisano by w salonie piękności, na zabiegach upiększających przez grono stylistów. Panie i panowie bardzo chcieli wyglądać przede wszystkim poważnie, jak przystało przyszłym adeptom sztuki medycznej. Zebrawszy się w przepięknej auli studenci Akademii Medycznej złożyli w obecności Jego Magnificencji Rektora prof. Wiktora Degi i zacnego Senatu przysięgę Hipokratesa. Na zakończenie uroczystego absolutorium wszyscy pełną piersią, z twarzami radosnymi, odśpiewali Gaudeamus igitur, iuvenes dum sumus – Radujmy się, więc, dopókiśmy młodzi.
Na aktorów tej podniosłej uroczystości na stopniach uniwersyteckiego gmachu czekali dumni rodzice, rodzeństwo i przyjaciele trzymając w rękach okazałe bukiety kwiatów. Zabrakło naszemu bohaterowi widoku rozradowanych twarzy ukochanych rodziców z sukcesu najmłodszego syna.

 

To okrutny niemiecki zbir nie pozwolił Im doczekać tej chwili. Twarz naszego bohatera spoważniała i łza potoczyła się po jego twarzy. Wychodząc szeroką bramą spojrzał ku niebu i myśli jego poszybowały hen, hen… Na koniec wyszeptał zobowiązanie na dalszy swój żywot:

„Niech daleka będzie ode mnie myśl,
Że wszystko wiem i potrafię.
Daj mi siłę, wolę, swobodę i sposobność
Rozszerzania wiedzy mojej”.

Słowa te wyrecytowałem w myślach!
Padam w objęcia ukochanej Marylki i synka oraz rodzeństwa, padają gratulacje, łzy, uściski…

 

 

I DALEJ:
Początki były trudne. Asystent w Zakładzie Anatomii Człowieka już jako student po zdaniu egzaminu z anatomii na celująco od 1957 do 1963 roku Chciałem zostać internistą. Nie zostałem – brak etatów. Podjąłem specjalizację z chirurgii dziecięcej, lecz tym razem szyki pokrzyżowała mi służba w Ludowym Wojsku Polskim. Z przypadku zostałem specjalistą położnictwa i chorób kobiecych. Miejsce pracy to samo przez 44 lata, tylko nazwa placówki wielokrotnie się zmieniała. Najpierw II Klinika Chorób Kobiecych i Położnictwa Akademii Medycznej w Poznaniu, aktualna nazwa to Klinika św. Rodziny. Praca w tym 100-łóżkowym szpitaliku pod czułym i wymagającym wzrokiem prof. Edwarda Howorki i doc. Tadeusza Gniłki, to nie tylko duże wymagania, ale przede wszystkim wspaniała szkoła solidności, to lata pracy w przyjacielskiej atmosferze, wiele satysfakcjonujących wyników. Od początku fascynowała mnie endokrynologia ginekologiczna, pasją stała się niepłodność. Szczególnie ostatnie 30 lat poświęciłem leczeniu niepłodności. Odwiedzając kraje zachodnie podglądałem i uczyłem się jak wcielane są w życie osiągnięcia medycyny rozrodu. Od czasu reanimacji Izby Lekarskiej, biorąc udział w I Zjeździe Delegatów Lekarzy Wielkopolskich w maju 1989 roku, praca w niej pochłonęła mnie na całe 34 lat i dalej – najpierw w charakterze Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej a następnie, po dzień dzisiejszy, jako sędzia Sądu Okręgowego. Pojawiło się dodatkowe zainteresowanie etyką lekarską i prawem medycznym. Z dziedziny etyki i prawa medycznego napisałem i obroniłem pracę doktorską [Sławoj Maciejewski: Ocena postępowania lekarskiego w oparciu o normy etyczne i prawa stanowione w świetle materiałów Okręgowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Wielkopolskiej Izby Lekarskiej; promotor dr hab. med. Jerzy T. Marcinkowski; Akademia Medyczna im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, Wydział Lekarski, 2002]. W chwilach wolnych pisywałem trochę do Biuletynu Wielkopolskiej Izby Lekarskiej, Informatora Sądu Lekarskiego i Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, Medycznej Wokandy, oraz Dziennika Zachodniego wydawanego przez Instytut Zachodni. Wiele lat pracowałem w Pogotowiu Ratunkowym, dobra szkoła dla młodego lekarza. Byłem pracownikiem Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa walcząc o dawstwo i reprezentując stację. Uczyłem położnictwa w Szkole dla Położnych.

 

Miałem szczęście znaleźć się wśród wybrańców konkursu ogłoszonego przez Naczelną Radę Lekarską na wspomnienia do Pamiętnika Lekarskiego wydanego w roku 2003 (patrz: ŻYWOTA MŁODEGO GINEKOLOGA POCZĄTKI OSOBLIWSZE by czas nie zaćmił i niepamięć).

 

Od 2000 roku prezesuję Związkowi Kombatantów RP i Byłym Więźniom Politycznym Koła Poznań Jeżyce – Zachód. W Prezydium WZW ZKRP i BWP w charakterze członka 4 lata a kolejne 4 lata jako sekretarz. Obecnie v-ce prezes WZW ZKRP i BWP.

 

 

Czas wakacji spędzałam w całości z rodziną, zwiedziliśmy trochę świata, prawie całą Europę, nieco Afryki a nawet daleką Kubę. Kocham pracę w gabinecie i moje wierne od 40 lat pacjentki.
Rodzina moja to żona Maria – lekarz – specjalista pulmonolog, syn Jacek – lekarz – specjalista chorób wewnętrznych i medycyny pracy, syn Paweł – prawnik. Troje wnucząt – Marysia, Piotrek i Karol. Wnukowie po studiach ekonomicznych w tym Karol także magisterium w Szkocji. Wnuczka Marysia to filolog łaciński, doktorantka Uniwersytetu w Innsbrucku. Zainteresowania pozamedyczne to kolekcjonowanie literatury z czasów II wojny światowej i poświęconej dwom postaciom: Napoleonowi Bonaparte i Józefowi Piłsudskiemu. Muzyka to ukojenie dla zestresowanego umysłu i zmęczonego ciała – opera, koncerty. Prawdziwe wytchnienie przychodzi jednak na łonie przyrody w czasie pracy w ogrodzie pośród drzew, krzewów i kwiatów, praca, którą jako mieszczuch szczególnie pokochałem.

 

Na koniec odpowiedź na często stawiane pytanie: czy z wyboru zawodu jestem zadowolony – Tak – i sprzyjało mi szczególne szczęście, wszystko udawało się bez potknięć. Drugi raz jednak lekarzem nie zostałbym, bo żal straconych dni obcowania z wzrastającymi dziećmi, wspólnych rozmów i zabaw. Żal 10-ciu lat przepracowanych na dyżurach i nieobecności (około 150 razy) w rodzinnym gronie w czasie uroczystości świątecznych.

 

Pan Paweł Maciejewski, syn dr med. Sławoja Maciejewskiego, zamieścił następujący podpis pod tym zdjęciem:
„Załączam zdjęcie Taty z gabinetu z dziećmi jego „autorstwa”, zrobione przez szczęśliwą mamę obojga maluchów i ofiarowane Tacie. Myślę, że najlepiej oddaje ono Jego lekarską misję, zaangażowanie w pracę i radość z jej rezultatów.”
Chodzi oczywiście o pozytywne rezultaty in vitro.